Jak z wesela „wyczarować” pogrzeb i odwrotnie

Siat­ka­rze ZAKSY jak naj­lep­si magi­cy. Naj­pierw z wese­la „wycza­ro­wa­li” pogrzeb, by w ostat­nią śro­dę z pogrze­bu zro­bić… wese­le. Gra­my trze­ci, decy­du­ją­cy mecz w pół­fi­na­le Plu­sLi­gi!

To mia­ło być rado­sne wese­le, na któ­rym wszy­scy goście świet­nie się bawią. Nic z tego, siat­ka­rze ZAKSY jak naj­lep­si magi­cy wystę­pu­ją­cy w pro­gra­mie „Mam Talent”, wycza­ro­wa­li z wese­la… pogrzeb. Kędzie­rzyń­ska siat­kar­ska orkie­stra, któ­ra jesz­cze w pierw­szym secie gra­ła wesel­ne kawał­ki, od dru­giej par­tii zmie­ni­ła instru­men­ty i zamiast tanecz­nych prze­bo­jów, zaczę­ła rzę­po­lić jak na pogrze­bie. Zasko­cze­ni byli pra­wie wszy­scy goście, któ­rzy nie zabra­li ze sobą żad­nych wień­ców, oko­licz­no­ścio­wych szarf i zni­czy, ale trąb­ki, trój­ko­lo­ro­we fla­gi i takie same koszul­ki. Poza gru­pą z Zawier­cia, trze­ba przy­znać zor­ga­ni­zo­wa­ną tak jak ich siat­ka­rze, czy­li fan­ta­stycz­nie, pozo­sta­li goście opusz­cza­li w sobo­tę halę Azo­ty z nisko spusz­czo­ny­mi gło­wa­mi.

Co takie­go się sta­ło? Muro­wa­ny fawo­ryt, dru­ży­na, któ­ra przez ostat­nie dwa sezo­ny wygra­ła wszyst­kie mecze z War­tą Zawier­cie, prze­gra­ła jeden z naj­waż­niej­szych meczów sezo­nu! Eki­pa, któ­ra ma w swo­im skła­dzie naj­lep­szych środ­ko­wych w lidze, naj­lep­sze­go libe­ro i naj­lep­sze­go roz­gry­wa­ją­ce­go nie pora­dzi­ła sobie z dru­ży­ną, któ­ra, w zasa­dzie debiu­tu­je, na salo­nach siat­kar­skich, dru­ży­ną, któ­ra „zago­spo­da­ro­wa­ła” chło­pa­ków nie­miesz­czą­cych się w kadrze ZAKSY, dru­ży­ną pro­wa­dzo­ną przez wete­ra­na par­kie­tów, Micha­ła Masne­go i austra­lij­skie­go tre­ne­ra, któ­ry uśmie­cha się jak ojciec zasko­czo­ny suk­ce­sa­mi swo­ich dzie­ci. Zawier­cie, na któ­re nie sta­wiał pies z kula­wą nogą, poka­za­ło wice­mi­strzom Pol­ski, że w spo­rcie liczy się wia­ra w suk­ces, mobi­li­za­cja, pomysł na grę i poświę­ce­nie.

– Nazwi­ska nie gra­ją – mówił przed meczem Mark Lebe­dew, no i miał rację. Na par­kie­cie hali Azo­ty Ben Tonut­ti roz­gry­wał jak­by mu ktoś zawią­zał ręce, arty­le­rzy­sta Łukasz Kacz­ma­rek strze­lał czę­sto z kapi­szo­nów, a mistrz świa­ta, Olek Śliw­ka tra­fiał pre­cy­zyj­nie w… blok rywa­li, a jak już się „sprę­żył”, to pił­ka obi­ja­ła dzien­ni­kar­skie sto­li­ki. Być może tro­chę prze­sa­dzam, ale nie­zbyt dużo. Po dru­giej stro­nie siat­ki, wspie­ra­ni faj­nym dopin­giem kil­ku­set kibi­ców, zawier­cia­nie gra­li jak natchnie­ni. Bro­ni­li pił­ki po kil­ka razy, prze­py­cha­li ją nad siat­ką, blo­ko­wa­li, co naj­mniej przy­zwo­icie, a Michał Masny gubił blok ZAKSY jak chciał. I choć pra­wie wszy­scy kędzie­rzyń­scy kibi­ce wie­rzy­li, że ich pupi­le zmo­bi­li­zu­ją się na tyle, by dopro­wa­dzić do tie-bre­aka, ZAKSĘ dobi­li ich byli kole­dzy. Kapi­tal­nie grał, wpro­wa­dzo­ny na boisko w trze­cim secie, Kamil Seme­niuk, ale nóż w ple­cy wbił ZAKSIE Krzysz­tof Rej­no, któ­ry zdo­był ostat­ni punkt meczu. No i pierw­sza odsło­na pół­fi­na­ło­wej rywa­li­za­cji zakoń­czy­ła się dla ZAKSY sty­pą albo jak kto woli, kata­stro­fą. — Coś z pew­no­ścią nie funk­cjo­nu­je. Myślę, że to pre­sja, bo ona cią­ży na nas i dzi­siaj nie potra­fi­li­śmy sobie z nią pora­dzić – mówił po meczu Andrea Gar­di­ni. Dodał też, że zespół potrze­bu­je natych­miast zmian.Tak, by wró­cić do Kędzie­rzy­na na trze­ci mecz, wygrać i być w fina­le. – Musi­my wró­cić do gry, jaką pre­zen­to­wa­li­śmy dotych­czas – dodał Włoch.

Naj­lep­si reży­se­rzy czę­sto roz­po­czy­na­ją thril­le­ry od wiel­kiej kata­stro­fy, by póź­niej, powo­li, krok po kro­ku, akcja zdą­ża­ła do hap­py endu. W śro­dę mie­li­śmy nadzie­ję, że Gar­di­ni i jego akto­rzy wła­śnie tak popro­wa­dzą akcję.

Kie­dy nasi siat­ka­rze wyszli na par­kiet, małej, peł­nej „zie­lo­no-żół­tych ludzi­ków” hali, trzy­ma­li fason tyl­ko pod­czas pre­zen­ta­cji. Tumult i śpie­wy miej­sco­wych kibi­ców doda­wa­ły skrzy­deł gospo­da­rzom, któ­rzy szyb­ko obję­li pro­wa­dze­nie 13:8 i potem, dzię­ki zupeł­nie „pokrę­co­nej” zagryw­ce, utrzy­my­wa­li tę prze­wa­gę. Gdzie byli wiel­cy siat­ka­rze ZAKSY? Na par­kie­cie. Tyle, że ich kom­plet­na bez­rad­ność bar­dzo razi­ła, na tle nie­sio­nych dopin­giem gospo­da­rzy. Przy­po­mi­na­ło mi to nie­gdy­siej­sze mecze Mosto­sta­lu w sta­rej hali przy ul. Jana Paw­ła II. Kto tam nie przy­je­chał dosta­wał bęc­ki. Takie same bęc­ki ZAKSA zebra­ła teraz w pierw­szym secie, bo jak ina­czej nazwać wygra­ną gospo­da­rzy 25:16. – Pie­ro­gi rzą­dzą, „Sal­miak” do gle­by – wrzesz­czał z try­bun uśmiech­nię­ty „Juraj­ski Rycerz”, któ­re­go żół­to-zie­lo­na koszul­ka wyma­lo­wa­na była w coś w rodza­ju rybich łusek, ale to wła­śnie tacy jak on uzbro­ili zawier­ciań­skich siat­ka­rzy w taka pew­ność sie­bie, że każ­dy atak, każ­da zagryw­ka były wyko­ny­wa­ne z nie­sa­mo­wi­tą siłą i pre­cy­zją. A każ­dy zdo­by­ty punkt, doda­wał zie­lo­no-żół­tym wia­ry w suk­ces.

Na szczę­ście nasi siat­ka­rze przy­po­mnie­li sobie, że są w koń­cu wice­mi­strza­mi Pol­ski i wzmoc­ni­li grę na tyle, że po cze­rech punk­tach zdo­by­tych przy zagryw­ce Łuka­sza Wiśniew­skie­go, utrzy­my­wa­li trzy­punk­to­wą prze­wa­gę do samej koń­ców­ki. Tu jed­nak każ­dy punkt trze­ba gospo­da­rzom po pro­stu wyrwać z gar­dła. Po asie Mali­now­skie­go nasza prze­wa­ga stop­nia­ła do jed­ne­go punk­ci­ku. Po chwi­li był już remis 21:21, a sala wyglą­da­ła jak wul­kan, któ­ry wła­śnie wyrzu­ca z sie­bie tony lawy. Po fatal­nym ata­ku Kacz­mar­ka gospo­da­rze obję­li pro­wa­dze­nie i zro­bi­ło się baaaar­dzo gorą­co. No i przy­szło naj­gor­sze! Po kil­ku nie­sko­or­dy­no­wa­nych ata­kach z obu stron pił­kę meczo­wą skoń­czył Waliń­ski. War­ta była już o krok od sen­sa­cyj­ne­go awan­su do fina­łu Plu­sLi­gi. A my? My byli­śmy w czar­nej… „sztol­ni” i Andrea Gar­di­ni zaczął obgry­zać paznok­cie. Jakoś z tego bagna trze­ba było wyjść, bo już tyl­ko gło­wa wysta­wa­ła. Zaczę­ło się, więc odra­bia­nie strat. Naj­pierw było 3 punk­ty prze­wa­gi i kil­ka dobrych akcji, potem już 6 i ZAKSA wygra­ła par­tię. Uff – jesz­cze nas nie uto­pi­li – pomy­śla­łem cze­ka­jąc na kolej­ną partię.Dwóch ludzi trzy­ma­ło nas nad wodą. Sam Deroo, któ­ry brał cię­żar gry na sie­bie i Bie­niek, któ­ry bez­kom­pro­mi­so­wo blo­ko­wał i tłukł punk­ty ze środ­ka To oni przy­wró­ci­li ZAKSĘ do żywych. Po wygra­nej czwar­tej par­tii 25:18, o wszyst­kim decy­do­wał tie-bre­ak. Na par­kie­cie były jed­nak zupeł­nie inne dru­ży­ny niż 2 godzi­ny wcze­śniej. Roz­pę­dzo­na ZAKSA i przy­du­szo­na pre­sją, nie­zbyt pew­na War­ta, któ­ra jed­nak dłu­go pro­wa­dzi­ła w tym pią­tym secie. Dopie­ro atak Sama Deroo, as Mate­usza Bień­ka i blok Wiśniew­skie­go na Seme­niu­ku dały naszym aż trzy pił­ki meczo­we. Dru­gą wyko­rzy­stał „Wiśnia”!

Thril­ler trwa, więc dalej. Jak się zakoń­czy? Jak to w fil­mach i baj­kach – wszyst­ko jest moż­li­we. Na razie wygrze­ba­li­śmy się z bagna, sta­nę­li­śmy na twar­dej zie­mi i cze­ka­my na „Juraj­skich Ryce­rzy” w hali Azo­ty. Pamię­taj­cie, śro­da 24.04 o godz. 17.30

ZAKSA – Alu­ro­nVir­tu War­ta Zawier­cie 1:3 (25:20, 22:25, 22:25, 22:25)
Alu­ro­nVir­tu War­ta Zawier­cie — ZAKSA2:3 (25:16, 25:23, 19:25, 18:25, 12:15)
Stan rywa­li­za­cji 1:1, decy­du­ją­cy mecz; hala Azo­ty, 24.04., godz.17.30

fot. zaksa.pl

REKLAMA



Protection Plugin made by Web Hosting