Tomasz Gdula

Kohl nam nie był katem, ale i nie bratem

325

„Nie ma bardziej wartościowej lektury opisującej taktykę RFN wobec bankrutującego PRL niż odtajnione niedawno przez MSZ szyfrogramy dotyczące wizyty Helmuta Kohla w Polsce w listopadzie 1989 r. Obrazki ze słynnej mszy w Krzyżowej pozostawiły w zbiorowej pamięci dobrotliwego kanclerza, który przyjechał do wschodniego sąsiada, by wspierać go w demokratycznych przemianach, zaoferować pomoc materialną i gotowość do pełnej normalizacji stosunków” – napisał Dziennik Gazeta Prawna, ujawniając treść szyfrogramów polskiego MSZ z 1989 roku.
Odtajnione dokumenty MSZ z 1989 dowodzą, że: kanclerz Helmut Kohl był wielkim niemieckim mężem stanu i jako taki nie mógł być przyjacielem Polski („jak świat światem, Niemiec Polakowi nigdy nie był bratem…”).

Po drugie potwierdzają, że polski rząd nie powinien teraz na krok ustępować w kwestii reparacji wojennych i ma za zadanie naprawić błędy popełnione w tej sprawie przez przyparty do muru dramatyczną sytuacją upadającego PRL-u, gabinet Tadeusza Mazowieckiego.

Należy też postawić na agendzie renegocjację traktatu polsko-niemieckiego i zażądać wprowadzenia w nim symetrycznych zapisów – m.in. nadania Polakom mieszkającym w RFN statusu mniejszości ze wszystkimi przywilejami, z jakich w Rzeczypospolitej korzysta mniejszość niemiecka.

Natomiast kolejna refleksja dotycząca relacji polsko-niemieckich dotyczy faktu, że w oglądzie relacji polsko-niemieckich nie istnieje „obiektywny punkt widzenia”. Jest punkt widzenia polski lub niemiecki. Każdy, kto w Polsce kwestionuje polską optykę reprezentuje niemieckie interesy. Dotyczy to tak polityków totalnej – i w istocie proniemieckiej, czyli antypolskiej – opozycji, jak i mediów z niemieckim kapitałem. Nigdy, ani na chwilę, nie należy o tym zapominać.

Dokumenty MSZ pokazują po pierwsze jak wiele mamy do odrobienia, by wyrównać relacje do poziomu zaledwie symetrycznego z uwzględnieniem materialnego aspektu zaszłości historycznych, a po wtóre, że Niemcy zawsze mają tylko jeden – niemiecki punkt widzenia, który przez niemieckie media wydawane dla Polaków prezentowany jest jako „obiektywny”, natomiast przez proniemiecką opozycję wobec aktualnego polskiego rządu – jako „europejski”. I stawiany jest w kontrze do interesu polskiego.

Tymczasem polscy przeciwnicy podjęcia starań o wypłatę reparacji bardzo sprawnie operują niemieckimi argumentami, głównie o tym, że przecież RFN już zapłaciła jakieś odszkodowania, a po drugie, że „Polska dostała od Niemiec Śląsk”.

Czy wypłaty odszkodowań dla części byłych więźniów obozów i robotników przymusowych (zwykle po kilkanaście tysięcy marek na osobę) mają zamykać sprawę? Tym, którzy tak twierdzą, przypomnę:

Od 1 września 1939 do 8 maja 1945 statystycznie codziennie było mordowanych trzy tysiące obywateli przedwojennej Polski. Codziennie przez 2076 dni po trzy tysiące ludzi.
Gdyby przyjąć oczywistą przed amerykańskimi sądami kwotę miliona dolarów odszkodowania za każdą z tych osób – kwota zbiorcza sięgnęłaby 6 bilionów dolarów. A gdzie zniszczone miasta, miasteczka, wioski, dzieła sztuki? To kolejne kilka bilionów dolarów. Za to wszystko mamy nie dostać od spadkobierców oprawców nic, schować uszy po sobie i siedzieć cicho, nawet nie podjąć dyplomatyczno-prawnej batalii? Bo co? Bo tak sobie życzą jedzące Niemcom z ręki pseudoelity III RP?

A, jeszcze kwestia Śląska. Dostaliśmy go nie od Niemiec, tylko od aliantów, którzy na dodatek nie pytali czy tego chcemy, tak jak nie pytali nas o zgodę na wyrwanie kresów wschodnich z granic Rzeczypospolitej. Zresztą było to jedynie „coś za coś” – tymczasem rekompensata i odszkodowanie za zniszczenia i straty wojenne w postaci Śląska mogłaby mieć miejsce, gdyby Polska pozostała w granicach sprzed 1939 z dołączonym Dolnym Śląskiem.

Kto tego nie rozumie, ten patrzy po niemiecku. Nic w tym złego, ale nie jest to polski punkt widzenia i zawsze należy o tym pamiętać.




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Protection Plugin made by Web Hosting