Jak z wesela „wyczarować” pogrzeb i odwrotnie

738

Siatkarze ZAKSY jak najlepsi magicy. Najpierw z wesela „wyczarowali” pogrzeb, by w ostatnią środę z pogrzebu zrobić… wesele. Gramy trzeci, decydujący mecz w półfinale PlusLigi!

To miało być radosne wesele, na którym wszyscy goście świetnie się bawią. Nic z tego, siatkarze ZAKSY jak najlepsi magicy występujący w programie „Mam Talent”, wyczarowali z wesela… pogrzeb. Kędzierzyńska siatkarska orkiestra, która jeszcze w pierwszym secie grała weselne kawałki, od drugiej partii zmieniła instrumenty i zamiast tanecznych przebojów, zaczęła rzępolić jak na pogrzebie. Zaskoczeni byli prawie wszyscy goście, którzy nie zabrali ze sobą żadnych wieńców, okolicznościowych szarf i zniczy, ale trąbki, trójkolorowe flagi i takie same koszulki. Poza grupą z Zawiercia, trzeba przyznać zorganizowaną tak jak ich siatkarze, czyli fantastycznie, pozostali goście opuszczali w sobotę halę Azoty z nisko spuszczonymi głowami.

Co takiego się stało? Murowany faworyt, drużyna, która przez ostatnie dwa sezony wygrała wszystkie mecze z Wartą Zawiercie, przegrała jeden z najważniejszych meczów sezonu! Ekipa, która ma w swoim składzie najlepszych środkowych w lidze, najlepszego libero i najlepszego rozgrywającego nie poradziła sobie z drużyną, która, w zasadzie debiutuje, na salonach siatkarskich, drużyną, która „zagospodarowała” chłopaków niemieszczących się w kadrze ZAKSY, drużyną prowadzoną przez weterana parkietów, Michała Masnego i australijskiego trenera, który uśmiecha się jak ojciec zaskoczony sukcesami swoich dzieci. Zawiercie, na które nie stawiał pies z kulawą nogą, pokazało wicemistrzom Polski, że w sporcie liczy się wiara w sukces, mobilizacja, pomysł na grę i poświęcenie.

– Nazwiska nie grają – mówił przed meczem Mark Lebedew, no i miał rację. Na parkiecie hali Azoty Ben Tonutti rozgrywał jakby mu ktoś zawiązał ręce, artylerzysta Łukasz Kaczmarek strzelał często z kapiszonów, a mistrz świata, Olek Śliwka trafiał precyzyjnie w… blok rywali, a jak już się „sprężył”, to piłka obijała dziennikarskie stoliki. Być może trochę przesadzam, ale niezbyt dużo. Po drugiej stronie siatki, wspierani fajnym dopingiem kilkuset kibiców, zawiercianie grali jak natchnieni. Bronili piłki po kilka razy, przepychali ją nad siatką, blokowali, co najmniej przyzwoicie, a Michał Masny gubił blok ZAKSY jak chciał. I choć prawie wszyscy kędzierzyńscy kibice wierzyli, że ich pupile zmobilizują się na tyle, by doprowadzić do tie-breaka, ZAKSĘ dobili ich byli koledzy. Kapitalnie grał, wprowadzony na boisko w trzecim secie, Kamil Semeniuk, ale nóż w plecy wbił ZAKSIE Krzysztof Rejno, który zdobył ostatni punkt meczu. No i pierwsza odsłona półfinałowej rywalizacji zakończyła się dla ZAKSY stypą albo jak kto woli, katastrofą. – Coś z pewnością nie funkcjonuje. Myślę, że to presja, bo ona ciąży na nas i dzisiaj nie potrafiliśmy sobie z nią poradzić – mówił po meczu Andrea Gardini. Dodał też, że zespół potrzebuje natychmiast zmian.Tak, by wrócić do Kędzierzyna na trzeci mecz, wygrać i być w finale. – Musimy wrócić do gry, jaką prezentowaliśmy dotychczas – dodał Włoch.

Najlepsi reżyserzy często rozpoczynają thrillery od wielkiej katastrofy, by później, powoli, krok po kroku, akcja zdążała do happy endu. W środę mieliśmy nadzieję, że Gardini i jego aktorzy właśnie tak poprowadzą akcję.

Kiedy nasi siatkarze wyszli na parkiet, małej, pełnej „zielono-żółtych ludzików” hali, trzymali fason tylko podczas prezentacji. Tumult i śpiewy miejscowych kibiców dodawały skrzydeł gospodarzom, którzy szybko objęli prowadzenie 13:8 i potem, dzięki zupełnie „pokręconej” zagrywce, utrzymywali tę przewagę. Gdzie byli wielcy siatkarze ZAKSY? Na parkiecie. Tyle, że ich kompletna bezradność bardzo raziła, na tle niesionych dopingiem gospodarzy. Przypominało mi to niegdysiejsze mecze Mostostalu w starej hali przy ul. Jana Pawła II. Kto tam nie przyjechał dostawał bęcki. Takie same bęcki ZAKSA zebrała teraz w pierwszym secie, bo jak inaczej nazwać wygraną gospodarzy 25:16. – Pierogi rządzą, „Salmiak” do gleby – wrzeszczał z trybun uśmiechnięty „Jurajski Rycerz”, którego żółto-zielona koszulka wymalowana była w coś w rodzaju rybich łusek, ale to właśnie tacy jak on uzbroili zawierciańskich siatkarzy w taka pewność siebie, że każdy atak, każda zagrywka były wykonywane z niesamowitą siłą i precyzją. A każdy zdobyty punkt, dodawał zielono-żółtym wiary w sukces.

Na szczęście nasi siatkarze przypomnieli sobie, że są w końcu wicemistrzami Polski i wzmocnili grę na tyle, że po czerech punktach zdobytych przy zagrywce Łukasza Wiśniewskiego, utrzymywali trzypunktową przewagę do samej końcówki. Tu jednak każdy punkt trzeba gospodarzom po prostu wyrwać z gardła. Po asie Malinowskiego nasza przewaga stopniała do jednego punkciku. Po chwili był już remis 21:21, a sala wyglądała jak wulkan, który właśnie wyrzuca z siebie tony lawy. Po fatalnym ataku Kaczmarka gospodarze objęli prowadzenie i zrobiło się baaaardzo gorąco. No i przyszło najgorsze! Po kilku nieskoordynowanych atakach z obu stron piłkę meczową skończył Waliński. Warta była już o krok od sensacyjnego awansu do finału PlusLigi. A my? My byliśmy w czarnej… „sztolni” i Andrea Gardini zaczął obgryzać paznokcie. Jakoś z tego bagna trzeba było wyjść, bo już tylko głowa wystawała. Zaczęło się, więc odrabianie strat. Najpierw było 3 punkty przewagi i kilka dobrych akcji, potem już 6 i ZAKSA wygrała partię. Uff – jeszcze nas nie utopili – pomyślałem czekając na kolejną partię.Dwóch ludzi trzymało nas nad wodą. Sam Deroo, który brał ciężar gry na siebie i Bieniek, który bezkompromisowo blokował i tłukł punkty ze środka To oni przywrócili ZAKSĘ do żywych. Po wygranej czwartej partii 25:18, o wszystkim decydował tie-break. Na parkiecie były jednak zupełnie inne drużyny niż 2 godziny wcześniej. Rozpędzona ZAKSA i przyduszona presją, niezbyt pewna Warta, która jednak długo prowadziła w tym piątym secie. Dopiero atak Sama Deroo, as Mateusza Bieńka i blok Wiśniewskiego na Semeniuku dały naszym aż trzy piłki meczowe. Drugą wykorzystał „Wiśnia”!

Thriller trwa, więc dalej. Jak się zakończy? Jak to w filmach i bajkach – wszystko jest możliwe. Na razie wygrzebaliśmy się z bagna, stanęliśmy na twardej ziemi i czekamy na „Jurajskich Rycerzy” w hali Azoty. Pamiętajcie, środa 24.04 o godz. 17.30

ZAKSA – AluronVirtu Warta Zawiercie 1:3 (25:20, 22:25, 22:25, 22:25)
AluronVirtu Warta Zawiercie – ZAKSA2:3 (25:16, 25:23, 19:25, 18:25, 12:15)
Stan rywalizacji 1:1, decydujący mecz; hala Azoty, 24.04., godz.17.30

fot. zaksa.pl

REKLAMA



Protection Plugin made by Web Hosting