godz. 03:43 - sobota 19 Maj 2012

Dzień pracy trwał tu 16 godzin

27 stycznia minęła 67 rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz. Składał się on z wielu podobozów, a jednym z nich był owiany mroczną sławą Lager Blechhammer w Sławięcicach.

» Wokół Kędzierzyna było także wiele obozów jenieckich. Na zdjęciu więźniowie jednego z nich.

W ostatnich dniach stycznia co roku oczy całego świata kierują się na Auschwitz. My powinniśmy pamiętać, że z historią tego najmroczniejszego miejsca w dziejach ludzkości nierozłącznie związany jest także obóz, który Niemcy założyli na terenie dzisiejszego Kędzierzyna-Koźla. Lager Blechhammer, jak Niemcy nazywali lager pod Sławięcicami, od kwietnia 1944 był filią KL Auschwitz.

Historia obozu sięga pierwszych lat wojny. Już wtedy w okolicy Sławięcic i Blachowni powstał szereg miejsc koncentracji i zagłady więźniów. Początkowo trafiali tam okoliczni Żydzi. Jednym z obozów był Judenlager, którego budowę rozpoczęto w 1942 roku niedaleko sławięcickiego dworca kolejowego.
1 kwietnia 1944, w momencie przejęcia zwierzchnictwa przez komendanturę w Oświęcimiu, w Sławięcicach więziono 3056 mężczyzn i około 200 kobiet. Obóz od południa sąsiadował z bocznicą kolejową Zakładów Chemicznych w Blachowni. Stąd wzięła się jego niemiecka nazwa Blechhammer. Po przeciwnej, północnej stronie, wybudowano baraki dla strażników z SS. Cały teren otoczony był wysokim murem. Wewnątrz znajdowało się około 25 drewnianych baraków mieszkalnych i szpitalnych, budynki sanitarne, warsztaty oraz magazyny.

Obozowy dzień trwał 16 godzin. Po porannym apelu więźniowie wyruszali do pracy. Dojście do zakładu zajmowało przeciętnie 1,5 godziny, a sama praca 10-12 godzin. Niedziele także były wypełnione obowiązkami na budowie lub przy pracach porządkowych w obozie. Wielu nie wytrzymywało ciężkich warunków. Niektórzy próbowali uciekać. Przez cały czas istnienia obozu udało się to zaledwie sześciu osobom.
Więźniowie byli niedożywieni i zmęczeni pracą ponad siły. Wielu z nich ciężko chorowało. Mimo to do obozowego szpitala zwanego w skrócie HKB trafiali tylko nieliczni. Często konających odsyłano z powrotem do pracy. Lekarze-więźniowie z całych sił starali się pomagać chorym, ale często ich starania były niweczone przez kontrolujących ich z ramienia SS sanitariuszy bez żadnych kwalifikacji medycznych.
W tej grupie wyjątkowym okrucieństwem wykazywał się Peter Quirin. Nawet konających zwykł uznawać za symulantów, każąc im wracać do pracy. Taka decyzja równała się wyrokowi śmierci.
– Quirin codziennie około ósmej przeprowadzał lustrację szpitala – wspomina były więzień i lekarz Abram Szeftel. – Pamiętam jak kiedyś w pierwszych dniach mojej pracy w HKB wszedł do mojej sali. Nie wiedziałem o tym, że lekarz powinien się wtedy zameldować, więc stanąłem tylko na baczność. Quirin odczekał chwilę, następnie kiwnięciem palca przywołał mnie do siebie i z całym rozmachem uderzył mnie kilkakrotnie w twarz. Potem dodał, że teraz już będę wiedział, iż wtedy, kiedy on wchodzi, należy się meldować.
Co jakiś czas w blokach przeprowadzano selekcję. Wybierano najsłabszych więźniów, rannych i okaleczonych w skutek pobicia lub wypadku. Wywożono ich do Oświęcimia, gdzie najczęściej byli mordowani w komorach gazowych. Zwłoki zmarłych w Blechhammer palono w krematorium obozowym. Śmiertelność była bardzo wysoka. Wynosiła 86,4 procent rocznie. Oznacza to, że mogło tam zginąć nawet około 4 tysięcy przedstawicieli 16 narodowości – między innymi Polaków, Żydów, Węgrów, Francuzów, Jugosłowian, Belgów, Rosjan i Niemców. Zimowa ofensywa Armii Czerwonej w styczniu 1945 spowodowała decyzję władz hitlerowskich o likwidacji obozów koncentracyjnych na terenach Polski. Wtedy też do Sławięcic przybyło 2300 więźniów z Gliwic, którzy dołączyli do ponad półtora tysiąca osób przetrzymywanych w obozie. 21 stycznia 1945 roku Niemcy rozpoczęli ewakuację podobozu Blechhammer, zmuszając jeńców do trzynastodniowego marszu w głąb Rzeszy. Każdy więzień przed wyjściem z obozu otrzymał tylko 800 gramów chleba, porcję margaryny i sztucznego miodu. Trasa wiodła w mrozie i śniegu przez Koźle, Prudnik, Głuchołazy, Nysę, Otmuchów, Ząbkowice Śląskie, Świdnicę i Strzegom do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen (Rogoźnica koło Wrocławia). Na miejsce przybyli 2 lutego. W drodze esesmani zamordowali około 800 więźniów: wycieńczonych, schorowanych, opóźniających marsz. Po pięciu dniach pobytu w Gross-Rosen rozpoczął się ostatni etap wędrówki. Więźniowie z Blechhammer pociągiem przez Legnicę, Zgorzelec, Drezno, Chemnitz, Gerę i Weimar dotarli do Buchenwaldu.

W Sławięcicach pozostała grupa najciężej chorych więźniarek i więźniów, którym udało się ukryć przed wycofującymi się oddziałami Wehrmachtu. 28 stycznia 1945 roku podobóz Blechhammer został wyzwolony przez żołnierzy sowieckich. Więźniowie, którzy ocaleli, trafili do szpitala w Sławięcicach, a następnie zostali przewiezieni do Częstochowy.

Przeczytaj więcej na podobne tematy:

  1. Obóz pracy zobaczymy w 3D
  2. Arbeitslager Blechhammer – rezydencja śmierci
  3. Urząd pracy wkracza w XXI wiek
  4. Akcyjność na co dzień
  5. Nagroda Państwowej Inspekcji Pracy dla ZAK SA
KATEGORIA: WERSJA PAPIEROWA